19 września 2017

2420

Monsieur O., zwany roboczo Okoniem, którego pole orne graniczy z naszym ogrodem i któren był uprzejmy w 2015 roku, w ramach tańca świętego Wita na kombajnie, skosić nam płot, chyba wytrzeźwiał. Aż miło popatrzeć, jak on orze na traktorze, trzymając się od naszej siatki na odległość czułą.

Inna sprawa, że się nie rzucaliśmy. Nie żądaliśmy odszkodowań. Nie windykowaliśmy mu majątku i nie nachodziliśmy w domowych pieleszach, choć wiemy, gdzie to jest. Określiliśmy oczekiwania na wymianę siatki z zapasem jednego przęsła z każdej strony. Zakończywszy prace polowe, Okoń po prostu przyjechał i wymienił. Nie miał z tym wielkiego kłopotu, bo tego typu płoty ma tu co drugi mieszkaniec i łatwo nabyć części w lokalnym budowlanym. Nie miał tez przesadnych kosztów. Rozstaliśmy się w pokoju.

W kolejnym sezonie Okoń przybył na swym wielokonnym, stalowym rumaku, podjechał nam do płota, aż zamarliśmy w niemym oczekiwaniu, a następnie ustawił się równolegle ze stosownym zapasem i jął żąć. Dojechawszy do granicy przestawił się o 90 stopni i rozpoczął standardowe rundki w stronę protiwpałożną. Wyżęty na szerokość kombajnu pas wyraźnie wyznaczał koniec trasy. A i szaleństwo na zakrętach jakby nieco się ustabilizowało.

Dziś obserwowałam jego traktor (nowoczesny, błyszczący, szacuję na jakieś 100 kafli) z przystawką. Trzeba człowiekowi przyznać, że po trzeźwemu radzi sobie po prostu znakomicie, nieomal do centymetra. Znów zaorał równolegle, po czym odwrócił się o 90 stopni i zaliczył całe pole. Na wszelki wypadek pozostawiwszy nawet pas traw w granicy. Jak to czasem warto nie być człowiekowi wilkiem.

1 komentarz: