13 listopada 2014

1981

Przypomniała mi się owa sławetna zupa cebulowa, więc piszę z rana, może ktoś ma wolne moce przerobowe i zapragnie miąchać łyżką w garze. Bo widzicie - z cebulą jest tak, że można uzyskać niezwykłą głębię smaku, a jej sekret tkwi właśnie w wolnym, spokojnym gotowaniu. Trzeba mieć cierpliwość i czas. Oraz trochę miłości. Żeby nie było zniecierpliwienia, bo to szkodzi jedzeniu.

Ja się naturalnie nie upieram i nie mówię, że inna cebulowa jest gorsza. Żeby była jasność.


No to bierzemy tę cebulę i kroimy w cienkie wiórki. Im cieńsze, tym lepsze, bo miksowania nie będzie. No co? Nie zawsze skłaniam się ku najważniejszej zasadzie kuchennej - lubię gotować i gdy mnie zbierze, mogę to robić godzinami.
Rzadko mnie zbiera, ale jednak.

Więc wiórki są najlepsiejsze. Lepsiejsze niż siekanina. Nie wiem czemu, ale to trochę jak z czosnkiem - można przez praskę i robię to w 99. przypadkach na 100. Ale ten jeden, jedyny raz - siekam drobniutko i tak jest bardziej.
Potem dusimy cebulę na maśle, wciąż mieszając, żeby jej nie zrumienić - to nie ten etap. Dusimy tak długo, żeby stała się przezroczysta i miękka. Gdy do tego dojdzie, dodajemy tymianek (moim zdaniem to są zioła, które najlepiej współgrają ze smakiem cebuli), listek laurowy i trochę szałwii. A! I jeszcze ten posiekany czosneczek. Można w tym momencie dodać łyżkę cukru lub miodu, ale i bez tego z cebuli, poddanej stosownym zabiegom, wydobędziemy smak naturalnej słodyczy. Przyznam, że dodaję ten miód - nie z niecierpliwości, ot... lubię.

Po jakichś 40. minutach możemy ciut zwiększyć temperaturę, wtedy właśnie cebula będzie się rumieniła. Jeśli chcemy uzyskać prawdziwą, zimową zawiesistość - możemy dodać łyżkę mąki. Ale niekoniecznie. Teraz przychodzi czas na szklankę białego wina, które odparowujemy, by w końcu dodać bulion. Dajemy zupie kolejne pół godziny, tylko jesteśmy blisko, żeby ją odszumowywać.
Jeśli trzeba, dosalamy i dopieprzamy. A w ostatniej chwili dolewamy kieliszek koniaku. No, pewnie że nie cały - kto to pije koniak z pełnego kieliszka?!

Teraz grzanki - smażymy na maśle, albo pieczemy w piekarniku, w ostateczności w tosterze. Zupę nalewamy do żaroodpornych miseczek, na górę kładziemy grzanki i grubo posypujemy serem. Najlepszy do cebulowej jest gruyere, bo ma taki trochę orzechowy smak, ale ementaler też nie będzie od rzeczy. I parmezan. Parmezan jeszcze niczemu nie zaszkodził, prawda? Zapiekamy w piekarniku do czasu, aż ser się zrumieni.

Jemy ostrożnie, bo wyciągnięta z piekarnika zupa będzie bardzo gorąca. Tak samo zresztą, jak miseczka, więc - pomijając alkohol - nie polecam dzieciom. No, chyba że akurat planujecie zrobić nowe, bo te się pobrudziły albo zużyły.
Smacznego więc na nowej drodze życia!

32 komentarze:

  1. ale resztę wina spożywamy podczas gotowania ? i może być białe półsłodkie bo ja takie preferuję :-) z koniakiem ciężki temat bo ja nie pijam ,reszta załogi zaś pija łiski więc hmm może być łiski ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od pewnej deczącej myśli, które brzmi:
      kiedy ja Was w końcu nauczę, że WSZYSTKO można? :)
      Do odparowywania w zupie sugerowałabym przynajmniej półwytrawne. Jego nie będzie, zostanie tylko posmak. A cebulowa sama w sobie jest słodka, więc wiesz... rób se, co dusza zapragnie :)

      Usuń
  2. lucka-nie-humanitarna13 listopada 2014 08:46

    ... a jeśli lubimy być nieortodoksyjni, eksperymenty i zaskoczenia to jemy taką cebulową z białym serem pokrojonym w kostkę. Niekoszernie, ale warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo w ogóle nie jemy, bo się akuracik żywimy energią kosmiczną ;))))

      Usuń
  3. "Trzeba mieć cierpliwość i czas. Oraz trochę miłości." Przede wszystkim miłości. Najlepsze gotowanie wychodzi z miłości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I głównie siebie trzeba kochać, żeby nie uznać tego mieszania za wyrok!

      Usuń
  4. Ożeż w mordę! Fajna zupka, tylko jeszcze się upewnię, bo chcę zrobić. Wszystko, co polecałaś, było pyszne, to zupa pewnie też wymiata.
    40 minut dusimy cebulkę na patelni? 40 minut? Potrzebuję dużo miłości ;) Oraz wina i koniaczku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko dusimy w garze. Nie będziesz przecież myła dodatkowej patelni! ;)

      Usuń
  5. Nooo! To jest wersja "wypas" zupy cebulowej. Dziękuję bardzo! Znaczy się, dziękuję, tak, zrobię, jak tylko skończę nadrabiać zaległości na Twoim blogu, cztery lata już za mną, w chacie nieposprzątane, ale nic to, się nadrobi, a chłop nie ma czasu zauważyć.
    Pozdrowionka
    Czworolist

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio wycieczki przebijają się przez archiwum. PODZIWIAM Was!

      Usuń
  6. Zrobiłam casting - z 1000 książek będących pod ręką wygrała Twoja!
    Czworolist

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale pardon za to pytanie zupocebulowej abnegatki: Czy to ma być JEDNA cebula? Jedna jedyna? Oczywiście wiem, że cebula cebuli nierówna; mam na myśli taką o, średnią, klasyczną, poprawną cebulę. Jedną??

    Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dżizas, to dopiero się naryczę.

      Iwona

      Usuń
    2. No tak, ja tez sie przez chwile zastanawilam nad ta cebula :D

      Usuń
    3. Nie napisałam ile, bo nie wiem, jaki gar zupy chcecie ugotować. Jeśli kilo cebuli, to po łyżce ziół i taka proporcja alkoholi, jak wyżej.

      Usuń
    4. Pozwolisz, moje-waterloo, ze tu i teraz podziekuje Iwonie? Naprawde mialam smutny dzien. Moze nawet tydzien. I nagle mi minelo, gdy tylko sobie wyobrazilam jak mieszam jedna cebule przez 40 minut. Usciski, Iwonko!

      Usuń
    5. No, pewnie! Nawet się przyłączę, bo mnie do usmarków rozbawiła tym naryczeniem!

      Usuń
  8. ja tam lubię jak mi w cebulowej "farfocle" pływają... to znaczy jak część cebuli jest grubiej posiekana i się nie rozpływa... :P ... i jako maniaczka sera, to lubię jak jego "farfocle" też w niej pływają, a nie tylko sie pierzynkują na górze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i bardzo dobrze - masz mieć taką, jak lubisz :)

      Usuń
  9. Dzieki za przepis. Brzmi smacznie, sprobuje w weekend :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smacznego, kochana.

      (Co będą jadły bliźniaki?)

      Usuń
  10. Myślałam, że ktoś spyta i nie wyjdę na ćwoka, ale... PROPORCJE! Ile czego? Skądś wszyscy wiedzą ile cebuli, masła, wina, bulionu, czy tam wody (bo i tacy są co tylko wodę, np. Leszczyński)? Ja mogę tylko się domyślać, że 3 cebule, bo tyle na zdjęciu, ale cebula cebuli nierówna. Może już kiedyś podawałaś, dane, nie zupę, to wstaw linka, bardzo proszę. A może ja oślepłam i nie widzę najoczywistszego? Bo to na pewno będzie pyszne i nawet mam składniki wszystkie poza cebulą, więc nie problem dokupić. Przepraszam za nachalność, ale nie widzę innej rady, jak prosić. A potem podziękować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko. Ja nigdy nie podaję ilości, bo sama robię wszystko "na rękę". Ale jeśli dasz kilo cebuli, to po łyżce ziół i alkohol, jak w przepisie. Kto to jest Leszczyński?

      Usuń
    2. Był, Leszczyński, król, Stanisław, mieszkał w Nancy, Francja, polski tatuś żony któregoś Ludwika francuskiego, obłędny wielbiciel i znawca zupy cebulowej. Uważał, że z bulionem jest stracona, tylko woda, no maniak i już. A jeszcze tylko - błagam - płynu ile, to znaczy tej zupy będzie np. 1,5 l czy więcej, bo mniej to się chyba nie opłaca, jak pyszna. Też uwielbiam tymianek. Bardzo, bardzo dziękuję za cierpliwość, tylko jeszcze te litry, ile chlupnąć. Zrewanżuję się przepisem na podobno super pyszne naleśniki z New Yorkera, na razie zrobiłam ciasto, obłędna ilość masła i jajek (no, prawie obłędna), ma leżeć noc, jutro smażę. Jak będą paskudne, to też napiszę.

      Usuń
    3. Jezu. Nie wiem. Nigdy w życiu niczego w kuchni nie policzyłam. Ja mam wiatr we włosach.

      Usuń
    4. To ja przepraszam, że nie potrafię Ci pomóc. Ale wiesz... szukaj swoich własnych proporcji. Zacznij od litra bulionu i ewentualnie dolewaj :)

      Usuń
  11. Aśka! Znam i robię!!! Cierpliwości mi brak jak cholera, więc już nie zapiekam:) Ps. dziecku daję, procenty idą w końcu w sufit;) Proszę więc na mnie nie donosić do służb;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widzę niczego zdrożnego w piciu przez dzieci niewielkich ilości słabego alkoholu, choć pewnie zaraz mnie ktoś za to zje. Nie alkohol jest problemem przecież, tylko niepanowanie nad sobą. Pamiętam, że w dzieciństwie (może nie jakimś wczesnym, ale jednak) dostawałam niewielkie ilości wina przy proszonych obiadach. I nadal lubię alkohol, ale dla jego smaku, a nie ilości lub efektu eksplozji mózgu.

      Jesteśmy krajem, w którym się pije i nic tego nie zmieni. Dzieci trzeba uczyć nie tego, żeby nie piły, tylko żeby wiedziały z kim, gdzie, kiedy, co i ile. Sama proponowałam nastoletniej Zuzi, żeby upiła się w domu w naszym towarzystwie - poznałaby swoje granice w absolutnie bezpiecznym środowisku i wiedziałaby, kiedy powiedzieć pas. Wiem, że udało mi się nauczyć ją odmawiania. I to jest najważniejsze.

      Usuń