25 listopada 2014

1991

Martuuha przypomniała, że nie było sprawozdania z pobytu w sali koncertowej. A ja zrobiłam dla Was zdjęcie! Oczywiście nie jest tak piękne, jak profesjonalne fotografie, które można obejrzeć w internetach, ale łapie chwilę i pokazuje ten ogrom. Uwaga!


Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie i już zawsze chcę siedzieć właśnie tam. Odległość od orkiestry jest porażająca - nie bardzo potrafię to ocenić metrażowo, ale sądzę, że osiągnęliśmy pułap (na oko) piątego, szóstego piętra. A akustyka jest taka, że gdy ktoś z parteru, usadowiony naprzeciw muzyków, kichnie, to ma się ochotę powiedzieć "na zdrowie". Jakby siedział obok. Szokujące i porywające.

Słuchaliśmy "Koncertu na fortepian i orkiestrę" Alfreda Schnittkego i "V Symfonii" Dymitra Szostakowicza pod batutą Stanisława Skrowaczewskiego. Pierwsza część była trudna, ale w tym czasie miałam atak dziecięcej fascynacji i prawie wisiałam z barierek, wgapiając się we wszystko. Aha - nie polecam osobom z lękiem wysokości, kupujcie bilety na miejsca w niższych rzędach. Rzeczywiście potknięcie na ostatnich schodach może spowodować lot koszący zakończony przewidywalnym wynikiem. I nic lotnika nie powstrzyma.

Żeby tak nie konać z zachwytu, powiem, co mi się nie podoba. A jest to tylko jedna rzecz, za to istotna i występująca zarówno w sali głównej, jak i kameralnej. Koszmarnie mało miejsca na nogi. Siedzenie w całkowitym bezruchu przez godzinę (czyli do przerwy) bardzo mnie zmęczyło, a potem była druga godzina. W kameralnej jest ciut lepiej, ale naprawdę ciut. Moja mama sugeruje, że skoro NOSPR budowali Japończycy, to plan był na ich rozmiary. Ja tam nie jestem kieszonkowa, ale też znowu nie jakaś monstrualna - trudno mi więc wyobrazić sobie osobę dwumetrową, upchniętą pomiędzy barierki a oparcie. Podejrzewam, że chciano upchnąć jak najwięcej siedzeń, ale to był zły pomysł.

Reszta jest zachwycająca. Czuję się głęboko usatysfakcjonowana, że takie miejsce znalazło się właśnie w moim mieście, z którym, choć tam nie mieszkam, jestem jednak mocno związana. Teraz ostrzę sobie zęby na nowe sale Muzeum Śląskiego - te podziemne, a rozjaśnione światłem dziennym. Cudowny pomysł wykorzystania nieczynnej kopalni. Trzymam kciuki za ludzi, którym przez następne lata przyjdzie władać Katowicami - obyście mnie zadziwili.

16 komentarzy:

  1. a toalety ? jest ich wystarczająca ilość ? bo np w Bydzi w Operze Nova jest tak jakby za mało , zazwyczaj już po dzwonku wchodzę na salę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że nie byłam? Ale teraz mam misję, polezę i opowiem :)
      Przy okazji sprawdzę, czy te dla niepełnosprawnych dają radę. Bo zwykle dają radę tylko z nazwy.

      Usuń
  2. Ja chcę tam!!!!!! Natychmiast! Najchętniej na dwugodzinne strojenie się orkiestry, ach <3
    Tylko, że ja dla odmiany wolę niżej - nie widzieć ludzi, za to widzieć dyrygenta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz nawet mieć miejsce NAPRZECIW dyrygenta. Przyjeżdżaj. Kupuję bilety :)

      Usuń
    2. Twoje miejsce będzie dokładnie na środeczku - będziesz mogła pokazać mu język :D

      Usuń
    3. Ale za to nie: poklepać po łysinie ;)

      Usuń
    4. Un był stary i włochaty!!!

      Usuń
  3. Łooooooo!! Więcej z siebie nie wyduszę :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, robi wrażenie!

    Iwona

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciężki repertuar, przy dobrym winie i w totalnej ciemności odbiera się rewelacyjnie.Wypróbowane w domowym zaciszu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że powinnam wnosić wino? Gulganie usłyszą na parterze!

      Usuń