24 lutego 2016

2236

Prezes kopnął się do Londynu (Londyn? Londyn? Nie ma takiego miasta. Jest Lądek Zdrój) i nie jestem pewna, że ma dokąd wrócić. Gdyż albowiem zafundował mi poranek wszech czasów, a ja o tym oczywiście opowiem, bo co mam być zmęczona na osobności, jak wszyscy mogą być zmęczeni. Od samego czytania.

3:00
Zadzwonił budzik Prezesa, zaczął się miotać, więc mnie - naturalnie - obudził. Wyparłam to i zapadłam w letarg.

3:05
Co gorsza, obudził też Leśka, który natychmiast popadł w euforię, zaczął galopować, tupać, skakać po schodach, walić ogonem w balustradę, więc obudziłam się ponownie, ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

3:30
Prezes przyszedł się ubrać, jakby nie mógł wieczorem wziąć ciuchów na dół. Zaświecił światło w garderobie, więc obudziłam się ponownie, ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

3:40
Prezes wyszedł. Trzasnął drzwiami, więc obudziłam się ponownie, ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

4:05
Lesiek, który jest debilem, pomyślał, że nikogo nie ma w domu i postanowił zakraść się na pięterko. Był tak dalece przekonany o swej bezkarności, że nawet nie czaił się z tupaniem. Więc obudziłam się ponownie, opieprzyłam psa i chciałam zapaść w letarg, ale ten gnojek postanowił przeczekać, wcale nie zszedł na dół i musiałam wstać, żeby go przepędzić, co uczynił z ociąganiem. ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

4:50
Psa coś pobudziło i zaczął szczekać. Obie z Zuzią zaczęłyśmy krzyczeć. Pies przestał szczekać, więc zapadłam w letarg.

5:40
Prezes przysłał mi SMS, żebym zajrzała do pieca przed wyjściem* i papa, kochanie. Przestałam wypierać, bo to nie miało żadnego sensu. Wstałam.

Wydałam kotom posiłek i napoje.
Potknęłam się na schodach o psa, który akuracik oszalał z radości, że oto nadszedł nowy dzień, będziemy biegać i skakać.
Wygłaskałam psa, choć powinnam gada zabić, ale jego nie da się usatysfakcjonować, więc wlazł mi natychmiast pod nogi.
Potknęłam się o psa.
Powiedziałam brzydkie słowo.
Założyłam kurtkę i poszłam wysikać psa.
Wróciłam do domu, zdjęłam kurtkę.
Pies wlazł mi natychmiast pod nogi.
Potknęłam się o psa.
Zmęłłam coś między zębami.
Wydałam psu posiłek i napoje.
Nastawiłam wodę na herbatę.
Pies zdążył już wciągnąć swoje chrupy, więc wlazł mi pod nogi.
Potknęłam się o psa.
Powiedziałam kolejne brzydkie słowo.
Podłączyłam telefon do ładowania.
Założyłam kurtkę i poszłam wykupić psa.
Wróciłam do domu, zdjęłam kurtkę, zaświeciłam światło w kuchni i zobaczyłam koszmarny burdel z wczoraj.
Znów powiedziałam brzydkie słowo. Właściwie nawet całą wiązankę.
Zabrałam się za porządkowanie kuchni.
Tymczasem pies z nudów i braku możliwości podcięcia mi nóg zaczął gonić kota.
Opieprzyłam psa i kazałam mu siedzieć w budzie, co obudziło Zuzię, która zaczęła krzyczeć.
Okazało się, że nikt nie wyrzucił śmieci i nie mogłam dołożyć do kosza nawet jednego papierka.
Pomyślałam sobie najbrzydsze słowo, jakie tylko znam.
Opróżniłam śmietnik, wyniosłam worek na ganek, założyłam nowy worek i znienawidziłam świat.
Zrobiłam sobie herbatę, pies umarł z żałości w budzie, więc poszłam się wysikać.
Wylazłam z łazienki i poszłam zajrzeć do pieca.
Okazało się, że Prezes nie dosypał węgla do podajnika.
Nie powiedziałam brzydkiego słowa, bo wena mi się skończyła.
Wróciłam do domu, założyłam kurtkę i baleriny, bo na inne buty nie było mnie emocjonalnie stać, poszłam z powrotem do kotłowni, wzięłam wiadro, udałam się do składu węgla, napełniłam wiadro z pomocą łopaty, wróciłam, wsypałam węgiel do podajnika, udałam się do domu, zdjęłam odzież wierzchnią i poszłam pod prysznic.
W międzyczasie pies ukradł mi klapek, który porzuciłam beztrosko w drodze do kotłowni. Moja wina, ale nie mogłam się napić, bo musiałam iść do pracy.
Wykąpałam się, uczesałam, namalowałam sobie twarz, ze szczególnym uwzględnieniem oczu, założyłam jakieś szmaty, co mi w rękę wpadły.
W międzyczasie pies ukradł majtki Prezesa z suszarki i się pastwił.
Miałam taki pomysł, żeby mu mściwie dołożyć jeszcze ze dwie pary, ale przyzwoitość zwyciężyła**.
Stoczyłam nierówną walkę z psem i wygrałam.
Właściwie wygrałam połowicznie, bo pies przerzucił się na moje skarpetki.
Odpięłam telefon od ładowarki, położyłam go na stole, żeby nie zapomnieć, wyszłam ostatni raz wysikac psa i przy okazji wyrzucić śmieci, które kwitły na ganku. Wychodząc zauważyłam dwa dorodne psie gówna, więc je zebrałam** łopatką.
Pies ze szczęścia wparował mi pod nogi, a ja niosłam przecież pełny wór śmieci i gówna na łopatce.
Zapragnęłam się rozpłakać, ale mi się przypomniało, że nie mam czasu na poprawienie oka, jeśliby mi się rozmazało, więc zrezygnowałam.
Wepchnęłam psa do domu, zamknęłam drzwi, wsiadłam do samochodu i coś mnie tknęło.
Wysiadłam z samochodu, otwarłam drzwi, poszłam do kuchni i sprawdziłam, że TAK, dziś wywożą śmieci.
Zamknęłam dom i poszłam wystawić śmietnik. W szpilkach. Po błocie. Jest ciężki.
Wsiadłam do samochodu i pojechałam do pracy.
Wysiadłszy pod budynkiem zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a dziś akuracik mi bardzo zależało, bo kurier miał przywieźć 25 kg karmy i chciałam go poprosić, żeby zostawił pod wiatą, a nie awizował, gdyż poczta czynna do 16, a poza tym - kto to będzie niósł?
No to mam zaawizowaną.
Kurwa.

Za to Szef dziś, po raz bez mała dwudziesty, poinformował mnie, że zniszczyłam mu życie.
Nie wiem czy uwierzycie, ale go nie obrzygałam.



* Przecież rozmawialiśmy wieczorem, żeby przygotował piec w taki sposób, abym nie musiała robić niczego poza opróżnieniem go z odpadów. Ale se zapomniał, choć się nie przyzna. Taką już ma pamięć - jak gupik. Przepłynie akwarium w jedną stronę i witajcie nowe lądy. Muszę go bardzo kochać. Z naciskiem na "muszę".
** Tak, jestem idiotką, przecież się nie wypieram.

14 komentarzy:

  1. Kurwa mać ale masz poranki!!!!! Dobrze że poczucie humoru i bruzda się utrzymuje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczucie humoru jest tym kawałkiem mnie, który cenię najbardziej. Zawsze pozwala utrzymywać usta tuż nad powierzchnią gówna ;)

      Usuń
  2. No wiesz, Prezes od dziś nocuje pod wiatą - tam gdzie ta karma miała być ;)

    Ciekawam, jakie to jest to najbrzydsze słowo jakie znasz :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ludzie mający małe dzieci prawie każdy poranek mają podobny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe szczęście, że moje urodziło się juz dorosłe...

      Usuń
  4. Ja to znam. I to wcale nie brzmi dobrze. Wrecz mi nie dobrze jak to czytam. Pewnie dlatego, ze mi sie wizualizuje:/
    A co zrobilas szefowi, ze poczul sie zniszczon?
    Gosia

    OdpowiedzUsuń
  5. Z cyklu: nie wiesz czytelniku, czy śmiać się, czy płakać. Czyta się doskonale. A ulga, że to NIE JA! - bezcenna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo, gdy czytam relacje matek wielodzietnych, hahaha!

      Usuń
  6. Zabilabym:P jestes anielsko cieprliwa:)

    OdpowiedzUsuń