1871

Pod zajawką poprzedniej notki na fejsie Idiomka napisała:

Przypomniał mi się tekst, jaki kilka tygodni temu opublikowały Wysokie Obcasy Extra (co zakończyło się tym, że przestałam kupować ów miesięcznik) w którym jakiś terapeuta tłumaczył, że podział obowiązków domowych musi skończyć się spadkiem temperatury w związku. Podobno kuchnia faceta odjajcza nieodwołalnie w oczach kobiet....

W związku z powyższym postanowiłam opowiedzieć Wam historię o Prawdziwym Mężczyźnie. Będzie to bezczelnie uprawiana reklama, upraszam więc całym sercem Żonę Prawdziwego Mężczyzny o nieganienie, nieżądanie ściągnięcia tego tekstu i ogólne, całkowite, wszechobecne "nie-". Natomiast wszystkie obecne tu niewiasty zaklinam, żeby się nie pakowały i nie ruszały na południe Polski, gdyż Prawdziwy Mężczyzna jest szczęśliwie zajęty od wielu, wielu lat i nie ma w planie zmieniać tego stanu.

Dawno, dawno temu, tak gdzieś w zeszłym roku (mam nadzieję, że to nie dwa lata, bo byłby wstyd) pojechałam sobie z wizytką do drugich-rodziców. Pewnie nie wszyscy pamiętacie drugą-mamę, bo od czasu majstrowania przy platformie Blog, wyniosła się na blogspot i zamknęła drzwi, a część z Was czytuje Donoszę uprzejmie... od całkiem niedawna. W skrócie - poznałyśmy się z drugą-mamą przez Internet, zakoleżankowałyśmy, a potem zaprzyjaźniły na śmierć i życie. Nieomal dosłownie. Finalnie zostałam zatrudniona na etacie ciotki-rezydentki i wykorzystuję wszystkie te - stanowczo za rzadkie i za krótkie - chwile, które możemy spędzić razem. Albo u drugich, albo gdziekolwiek. Ot, choćby, gdy z którymś dzieckiem przyjeżdżają (jak to mówią) do Miasta, do lekarza. Naonczas ściągamy ich do siebie bądź też spotykamy się po knajpach, gdzie doprowadzamy wraz z drugim-tatą drugą-mamę do absolutnej histerii, zachowując się jak - nie przymierzając - dwa szczeniaki, spuszczone akuracik ze smyczy na łące. Co przejawia się np. tubalnymi śpiewami pieśni patriotyczno-biesiadnych w miejscach całkowicie publicznych. Zaiste piękny musi być to widok: okrąglutka paniusia w średnim wieku oraz na szpileczkach i wielki chłop z całkiem białym łbem plus zaawansowaną ciążą, rozbawieni do wypęku swoim w pełni nieadekwatnym profilem osobowościowym. Co słabsze egzemplarze odpadają.

Gdy jestem u drugich, scenariusz wygląda zwykle dość standardowo, albowiem (wbrew pozorom) mamy dość podobne podejście do życia. Daruję Wam opowieści, jak to szczuje się mną początkujących narzeczonych córek, sąsiadów lub też liczne, zastępcze potomstwo. Przejdziemy sobie płynnie do opisu pewnego wieczoru.

Otóż po spełnieniu wszelkich obowiązków względem progenitury, zaopatrzyliśmy się w pewną ilość napojów wyskokowych i udaliśmy się na pięterko, gdzie została zapuszczona muza w tle, a my w trójkę (Prezes został z kotami) wdaliśmy się w niekończące dyskusje na tematy różne. Po kilku godzinach drugi-tata uznał, że ma nas dość, w związku z czym opuścił zebranie, na co żadna niewiasta nie zwróciła przesadnej uwagi. Rozparte wygodnie na kanapach i w fotelach, oddawałyśmy się nieprzerwanej kontestacji niesatysfakcjonującej nas rzeczywistości oraz snułyśmy plany i wspominałyśmy różne zabawne zdarzenia z życia.

Nie minęło 20 minut i do pokoju wkroczył On. Z tacą. Na tacy była zielona herbata dla drugiej-mamy w jej ulubionym kubeczku (bo taką preferuje), czarna z cytryną dla mnie w moim ulubionym kubasie XXL (bo taką preferuję), kanapeczki dla drugiej-mamy (gdyż uznał, że nadeszła pora i ona może mieć chęć) oraz jeszcze ciepła szarlotka na drugim talerzyku dla mnie. Szarlotkę tę zapobiegliwie upiekł drugi-tata nieco wcześniej. Tymy ręcamy. Wydał nam zaopatrzenie, huknął na progeniturę, celem zagonienia jej do łóżek, udał, że nie dostrzega wylegującej się pod stołem psiarni i byczącej się gdziebądź kociarni, mruknął:
- No to sobie gadajcie...
i oddalił się z uśmiechem do komputerka, gdzie po chwili wsiąkł, oddając się zasłużonej rozrywce.

Niechże się kto odważy i powie mi w twarz, że jego coś odjajcza. Utrzymuje dom z pierdylionem bachorów. Muruje, buduje, stawia i burzy. Łopatą macha, gdy zajdzie konieczność. Obsrane dzieckowe tyłki wyciera i obsmarkane nosy (niekoniecznie jedną chusteczką). Do lekcji goni, po lekarzach wozi. Przytula. Troszczy się. Obiad ugotuje, tort piętrowy upiecze (jaki piękny!), a jego chleb nie ma sobie równych. I jeszcze do tego czytać potrafi. I grać. I śpiewać. Ostatnimi laty nawet na parkiecie nie odpuszcza. No i nie przepuści okazji, żeby mnie buchnąć w mankiet, za co go kiedyś odjajczę własnoręcznie*.

Ten facet jest archetypem męskości. Nie bałabym się iść z nim przez ciemny las o północy. Bez chwili wahania powierzyłabym mu jeszcze ciepłego noworodka.
Głupiś pan, panie terapeuto, jak but z lewej nogi. Zajmij się pan hydrauliką - z całym szacunkiem dla tej profesji - bo do grzebania w ludzkich duszach za grosz pan nie masz inklinacji, a i wiedzy brakuje, i umiejętności.
Phi!


PS A propos temperatury w związku: drugi-ojciec zmajstrował czworo potomstwa. I dziś, po przeszło ćwierć wieku od ślubu, tak na siebie patrzą, że coś mi w brzuchu trzepocze i przestaję oddychać, żeby tylko nie przeszkodzić tym delikatnym i ulotnym emocjom.


* Po prostu na mnie poluje, świnia niemyta, bo wie, że tego nie znoszę.

Komentarze

  1. Wierzę w takie archetypy. Poznałam podobny, z jedną różnicą - zmajstrował, za porozumieniem stron jedno dziecko, które jest moją kuzynką. W kwestii odjajczania mam nieco inną teorię. Z moich doświadczeń wynika, że bycie terapeutą lub poczytnym psychologiem płci ogoniastej odjajcza i odmóżdża zarazem. Ale jak mi pokażecie faceta psychologa lub terapeutę, który zachował jedno i drugie, to zmienię teorię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaryzykuję... Eichelberger?

      Usuń
    2. Chyba wygrałaś. Nie podpadł mi jeszcze :))) I chyba tylko on. Miesiąc temu pożegnałam ozięble profesora Zimbardo. Do dzisiaj czuję niesmak. Odpadł był ów Amerykanin za odpowiedź na pytanie, co młoda kobieta może począć z bananowym ślimakiem, czyli ze współczesnym młodym mężczyzną, który nie umie się odnaleźć. Odpowiedź cytuję za Newsweekiem: ' Niewiele, ale trzeba próbować. Musi go rozciągnąć i rozruszać, sprowokować do rozmowy, do kontaktu, komunikacji. Trzeba go skłonić do tego, by coś zaczął odczuwać. Kobiety powinny być zatem niemal terepeutkami dla swoich mężów i partnerów. Powinny próbować skłonić ich, by zwierzali się z tego co czują. Muszą tu paść pytania wprost, nawet te najbardziej intymne: o spędzanie czasu przy filmach porno. Tym różni się żona od matki. Mama może być szczęśliwa, że syn zaszył się sam w pokoju. Żona czy partnerka nie powinna." Może dlatego, że rolę terapeutki własnego męża już mam za sobą, taka odpowiedź mnie po prostu rozdrzaźniła. Znów kobieta ma wyczuwać, rozruszać, nakłaniać? A facet nie może zapytać, dlaczego ona bierze się za majsterkowanie albo wybywa do fabryki zamiast leżeć i pachnieć w mieszkanku wypucowanym na błysk białą rękawiczką? Dlaczego woli życie brać wprost, a nie czekać na księcia na białym koniu?
      Eichelberger JESZCZE niczego takiego nie palnął. I niech nie próbuje. Bo szkoda by było. Faceta. I kobiet. Bo bez takich facetów nawet kobiecość traci urok.

      Usuń
    3. Żartujesz, prawda? TERAZ Ci Zimbardo podpadł? Moim zdaniem zdyskwalifikował się sam w 1971 roku.

      Usuń
    4. Nie, z całą odpowiedzialnością nie żartuję. Szanowałam go za to i owo. Sądziłam, że dojrzeje, w końcu chyba jednak facetom też zdarza się dorastać. Mam kuzyna naukowca, rozumiem pojęcie eksperymentu, wprawdzie eksperymentowanie na ludziach jest chore, ale lata siedemdziesiąte to zupełnie inne czasy, ludzie okaleczeni w ten czy inny sposób wojną brali w tym udział. Wnioski z 1971 wcale mnie nie przekonują, ponieważ ja należę do tych, którzy wolą walnąć prawdę szefowi prosto w twarz, a następnie złożyć wymówienie, niż skrzywdzić kogokolwiek - odejść z honorem i już, ale wychowywałam się w cieplarnianych warunkach i mam poczucie własnej godności, a przy tym rozumiem, że inni też mają prawo je mieć. I za to mi nie podpadł. Po prostu zwrócił uwagę na ważną rzecz, mianowicie, że nie wszyscy w życiu mieli fajnie i potem mogą gnębić innych. Tak jak jest z "falą" w wojsku.

      Usuń
    5. Tak naprawdę to niczego nie udowodnił, bo sam dobór "materiału badawczego" budził wątpliwości już w latach siedemdziesiątych. Odkrycie Ameryki, że ludzie to świnie? No co Ty...
      Ale nawet nie to - najbardziej mi podpadł, że nie przerwał tego eksperymentu. Wiedziałaś o tym? Jego żona (przyszła naówczas) to zrobiła.

      Usuń
    6. Wiesz, ja nie od dzisiaj wiem, że kobiety mają jaja. I wiem, że nawet muzułmanki wiedzą, kto w związku jest szyją, która kręci głową. Że nie przerwał... nie, wtedy mnie to nie dziwiło. Był dość młody i durny. I jak każdy z przeproszeniem, naukowiec, dał się ponieść, bo chciał sprawdzić, jak daleko to zajdzie. Ja go nie usprawiedliwiam, żeby było jasne. To były moje założenia wynikające z obserwacji zachowań typów męskich w określonych okolicznościach. W tym samym czasie, kiedy poznawałam psychologię społeczną (moja mama studiowała, a ja tłumaczyłam jej teksty z angielskiego) poznałam mojego kuzyna - naukowca z Australii. On też jest dziwny. Syn wojskowego. Paradoksalnie znalazłam wspólne mianowniki obu panów, choć zupełnie inne dziedziny reprezentują. Niestety, Zimbardo w tym porównaniu wypadł lepiej. Bo miał kobietę, której posłuchał (tak sobie myślę dzisiaj) . A potem na wiele lat o nim zapomniałam. Czy coś udowodnił? Mam mieszane uczucia. Zmagam się w codziennym życiu z człowiekiem, który ma wielkie problemy z osobowością, żeby nie powiedzieć z tożsamością. Naprawdę mało mnie dziwi. Co nie znaczy, że akceptuję jego punkt widzenia. Ja to po prostu przyjmuję do wiadomości. Tak jak eksperyment Zimbardo. I mam świadomość, że są ludzie, którzy do tego modelu nie pasują, ponieważ są z gruntu wrażliwi i dobrzy, może dlatego, że czuli się kochani, potrzebni, ważni - i tacy będą. I takich sama hoduję, mam nadzieję, że z nienajgorszym skutkiem. Mojego nie zmienię. Zimbarda nie zmienię. 'Ale uważam, że cesarzowej zawsze trzeba oddać to, co cesarskie. Takie prawo natury. Oni go nie zmienią.

      Usuń
  2. Kwintesencja męskości, daję słowo.

    Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać szarlotka go nie odjajczyła ;)

      Usuń
  3. Zakochałem się ! Choć żem zadeklarowany heteryk ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zeżarłbyś szarlotkę, nie? Też bym zeżarła. Zbieram się w sobie...

      Usuń
    2. Mężczyźni są nad podziw przewidywalni :P

      Usuń
    3. Po takim dictum każdy jest przewidywalny.

      Usuń
  4. Ooo, drugi-tata to może robić za wzorzec faceta w Sèvres koło Paryża!

    OdpowiedzUsuń
  5. w prawdzie o torcie słyszałam, ale okazji skosztować jeszcze nie miałam i ... obiema łapkami na klawiaturze podpisuję się pod tym co piszesz o tej dwójce :P ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno będziesz jeszcze miała okazję. Poszukam zdjęcia z tortem, to chociaż pooglądasz :)

      Usuń
  6. Kuchnia odjajcza? w życiu. Bardziej podoba mi się tekst, że mężczyzna, który uważa, że miejsce kobiety jest w kuchni, nie ma pojęcia, co z nią zrobić w sypialni ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mój mężczyzna wspaniale gotuje - uwielbiam jego kuchnie. I już dawno stwierdziłam, że droga do serca kobiety jest ZWŁASZCZA przez żołądek. A ktoś, kto mówi, że facet w kuchni przestaje być Facetem to chyba nie znal żadnego Faceta. HOWGH

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz