23 września 2014

1916

Dziś, dla odmiany, będa wspominki. Oraz bardzo ważny temat - dla wielu osób.

Chciałabym porozmawiać o integracji, o tym jak wygląda teoria i czemu tak daleko leży od praktyki. Pewnie to niepotrzebne, ale tytułem wstępu zaznaczę, że jestem przeciwna klasom integracyjnym, przedszkolom, szkołom integracyjnym. Uważam, że wydzielanie specjalnych placówek, do których mogą uczęszczać dzieci z niepełnosprawnościami, jest głupie, złe i stygmatyzujące. Dziecko niepełnosprawne jest takim samym dzieckiem, jak każde inne i ma prawo uczęszczać do placówki, która znajduje sie najbliżej jego domu. Nie ma tworzenia gett! Wszystkie szkoły i przedszkola mają być przygotowane na przyjęcie każdego dziecka. Koniec, kropka.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie da się pewnych rzeczy wyczarować, więc traktuję oddziały integracyjne jako konieczne w okresie przejściowym, który dąży do pełnego zrównania placówek i traktowania każdego dziecka tak samo. Dopóki tego nie zrobimy, integracja wcale integracją nie jest i nie ma sensu. Proces trwa w Polsce od dziesięcioleci, czyli ciągnie się jak guma do żucia (standard), więc sądze, że mam niezbywalne prawo wnieśc wszystkie uwagi, jakie tylko mi się zachce.

Od samego poczatku byłam przekonana, że Zuzia powinna uczęszczać do placówek integracyjnych. Niepełnosprawność po prostu jest i tak trzeba ją traktować. Normalnie, jak część życia, W związku z powyższym niespełna trzyletnia (bo jest listopadowa) Zuzanna powędrowała do przedszkola integracyjnego w Siemianowicach, gdyż tam naówczas zamieszkiwałyśmy.

Zonk nr 1.
Myślałam, że to są legendy miejskie, ale okazało się, że jednak rzeczywistość. W przedszkolu odbywało się "wietrzenie" dzieci, mające na celu doprowadzenie do choroby jak największej liczby, żeby panie nie miały za dużo roboty. Ponieważ infekcje w dużej grupie są czymś normalnym, czerwone światło zapaliło mi się, gdy mała zapadła na nerki. Przesłuchana, zeznała, że panie otwierają na oścież okna (zima) i każą im siedzieć na podłodze.
Szlag mnie trafił. Do tego, na okoliczność stosowania specjalistycznych technik inwigilacyjnych, postawiona pod ścianą Zuzanna z zakłopotaniem wyznała, że pani ją... bije. Wstąpiłam do dyrektorki następnego dnia rano.
- Och, proszę pani, dzieciom nie można wierzyć, one takie rzeczy wymyślają... - usiłowała mnie zbyć pani dyrektor.
Białko ścięło mi się w oczach.
- Prosze pani, ja pani nie znam - odpowiedziałam Podobno Słynnym Tonem. - Nie mam pojęcia, kim pani jest, jak została pani wychowana i czym kieruje się w życiu. W związku z czym nie mam podstaw, żeby pani wierzyć. Natomiast Zuzia jest moim dzieckiem. I ONA NIE KŁAMIE. A jeśli nie docenia pani gestu, który dla pani wykonałam, przychodząc tutaj zamiast od razu do kuratorium, to nie ma sprawy - mogę zacząć z tamtej strony.
Praktyki zniknęły jak nożem uciął. A my niebawem wyprowadziłyśmy się.

Zonk nr 2.
Po przeprowadzce Zuzia została przeniesiona do przedszkola integracyjnego w Chorzowie, bo tam zamieszkałyśmy. Pani dyrektor była bardzo ambitna, pisała programy integracyjne i spędzała rodziców, żeby im je odczytywać. Trzy godziny - tak, mierzyłam. Trzy godziny na krzesełkach dla przedszkolaków, a ona była gwiazdą i nie planowała dyskusji,
- Mamo - zaczepiła mnie mała któregos dnia podczas zabawy - a my jemy łyżką.
- Oczywiście - odpowiedziałam. - Zupkę je się łyżką. A drugie danie nożem i widelczem.
- Ale my wszystko jemy łyżką!
Cycki mi opadły (tak się zaczął proces degradacji, bo byłam wtedy młoda i piękna) i następnego dnia udałam sie do przedszkola.
- Proszę pani - zaczepiłam nauczycielkę. - Dlaczego nie uczycie dzieci jeść innymi sztućcami niż łyżką?
- A co se pani myśli?! - żachnęła się wychowawczyni. - Może mam nad nimi cały czas stać? Jak im dam widelce, to se oczy powykłuwają.
- Ale Zuzia przyszła tu z umiejętnościa posługiwania się nożem i widelcem, szkoda to zaprzepaścić.
- Jak pani chce, to mogę ją wysadzić do osobnego stolika i niech sobie je nożem i widelcem. Ale z dala od innych dzieci. Nie będę ich wszystkich bez przerwy pilnowała!
Kara taka. Ośla ławka.
Rozpoczęłam poszukiwania kolejnej placówki.

Zonk nr 3.
Przedszkole społeczne, artystyczne, w Katowicach, bo tam mieszkają dziadkowie, a ja nie miałam możliwości ani jej rano zaprowadzić, ani po południu odebrać. Byłam sama, z kim miałam się dzielić obowiązkami? Dobrze, że choć rodzice zgodzili się mi pomagać. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało fajnie, co prawda dzieci mogły przebywać w placówce tylko do 14:00, ale babcia jakoś to ogarnęła.
Pech chciał, że pewnego dnia postanowiłam zrobić Zuzi niespodziankę i choć raz odebrać ją z przedszkola. Miałam wypracowane nadgodziny, więc poprosiłam o możliwość ich wybrania i o 14:00 pojawiłam się przed przedszkolem. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam dziecko w pełnym rynsztunku, stojące samopas na chodniku!
- A co ty tu sama robisz? - zapytałam, odebrawszy uprzednio wyrazy radości ze wspólnego czasu.
- Pani kazała nam się ubrać w szatni i czekać na rodziców przed drzwiami.
Po prostu wzięłam ją za rączkę i poszłyśmy prosto do dyrektorki.
- To niemożliwe, prosze pani - podniosła na mnie głos osoba odpowiedzialna.
Wytłumaczyłam jej w krótkich, żołnierskiech słowach, co jest niemożliwe. Do końca edukacji Zuzi ani jedno dziecko nie wyściubiło nosa za drzwi bez nadzoru.

Integracja po polsku...
Jesteśmy specjalistami od pięknych, szumnych haseł na sztandarach.
A rzeczywistość skrzeczy.

39 komentarzy:

  1. King Kong chodzi do normalnej szkoły rejonowej, do integracyjnej klasy, która jest mniejsza po prostu. Na 17 dzieci chyba sześć z niepełnosprawnościami różnymi.

    W zeszłym roku szkolnym klasa wzięła udział w konkursie, którego tematem było chyba promowanie integracji, czyli otwierania drzwi przed dziećmi niepełnosprawnymi. Panie z klasy King Konga wysłały zdjęcie klasowe z podpisem: "Jest nas 17, wśród nas jest 6 z orzeczeniami o niepełnosprawności. Sami musicie zgadnąć którzy to, bo nam jest wszystko jedno." I już. Było pierwsze miejsce. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! I o to właśnie chodzi w integracji! Świetne :)

      Usuń
    2. Aż mi się micha sama śmieje! Moi chłopcy (jeden sprawny, jeden z opinią) też chodzili do integracyjnego gimnazjum. Jeden trafił na świetną klasę, której dewizą śmiało mogło być "... bo nam jest wszystko jedno". Było tam kilkoro dzieci z niepełnosprawnościami, więc jak jechali na wycieczkę, czy na zieloną szkołę wózki i kule same ładowały się do bagażnika, zanim rodzice zdążyli posłać ostatnie spojrzenie pociesze znikającej w integracyjnej przestrzeni autokaru. Drugi syn, z opinią z ppp trafił do innej klasy. W sumie mniej integracyjnej. W sumie mniej niepełnosprawnych liczącej. W sumie od początku chciał się przenieść. Ponieważ jego dysfunkcji nie widać. Tylko wyniki w nauce były takie, że pozbawiały go szans w czymkolwiek. Zamykał się we własnej skorupie. Przeniosłam go do małego gimnazjum poza Warszawę. 6 dni w tygodniu spędza u babci i dziadka, gdzie ma bliższy dojazd, a na weekendy wraca do domu. Moje dziecko rozkwita w klasie, z którą zintegrowało się w ciągu 3 tygodni. I nagle polubił się uczyć. Widzi rezultaty czasu, który w to wkłada. Może dlatego, że inni go widzą. To nie jest ani szkoła integracyjna, ani klasa. Po prostu ludzie tworzą bardziej sprzyjającą społeczność.
      Starszy syn odwiedził niedawno swoje gimnazjum. Nauczyciele podobno wciąż powtarzają, że "Takiej klasy, jak tamta 3B to już chyba nie będzie..."

      Usuń
    3. Wniosek z tego, że jednak mam rację. Furda integracja! Ona ma po prostu... być wszędzie. Wtedy zasługuje na swoje miano :)

      Usuń
  2. ... tak jest we wszystkim... miałam napisać, że "praktycznie" we wszystkim, ale to dawało by cień nadziei, że gdzieś jest jakaś dziedzina, w której jest choć nieco lepiej - nie ma - piękne słowa na sztandary, a życie sobie... żeby się nie orobić, zepchnąć swoją robotę na innych i mieć (przepraszam za określenie) wyjebane na wszystko poza własnym czubkiem nosa... problem w tym, że dzieci patrzą jak rodzice postępują w ten sposób i... zwyczajnie drogą przyswojenia, przejmują nawyki i roszczeniowy sposób bycia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmiana leży w naszych rękach.

      Usuń
    2. zgadza się w naszych... i rękach naszych dzieci :) ... bo swoją postawą coś im przekazujemy, czegoś je uczymy i... grunt, aby czyny i słowa szły w parze :)

      ... a jeśli czasem uda się obce dziecko "zatrzymać" i zada nam ono pytanie "... a dlaczego to tak?" aby zawsze mieć czas, siłę i odwagę opowiedzieć... bo może tak zasiane ziarenko, kiedyś urośnie i rozkwitnie :P

      Usuń
    3. Dzieci nas nigdy nie słuchają, ale zawsze na nas patrzą :)

      Usuń
    4. Jestem przekonana, że słuchaja o wiele częściej niż się do tego sa w stanie przyznać, i o wiwlw wiele częściej niż nam się wydaje... rzecz jasna ich słuchanie jest wybiórcze i się wyłacza wraz z tonem nakazujaco - polecajacym :) ... wszelkie wyłaczniki to: zrób, posprzataj, przynieś itp. ... ale tak np. (U mojego Młodego) zawsze działa przywołujaco hasło: szarlotka...(magicznie odzyskuje słuch i umiejetność rozumienia mowy ludzkiej... chociaż ledwie chwilę wcześniej dolegała mu permanentna głuchota po tonie polecajacym ze słowem: posprzataj...

      Usuń
    5. Miałam na myśli słuchanie, gdy czegoś od nich chcemy lub tłumaczymy, dlaczego powinno się tak a nie inaczej. Głuchota permanentna.

      Usuń
    6. I tak też jest z nimi jak miałaś na myśli :) ... ale z wiekiem zaczynaja słuchać, a często zadawać też pytania... chyba mi dziecko dorosło niwiadomo kiedy

      Usuń
    7. Ale ile się trzeba wcześniej naorać!!!
      :))))))

      Usuń
  3. Znam integrację z drugiej, a właściwie nawet z trzeciej strony (bo z drugiej, to byłoby ze strony szkoły chyba). Ze strony rodzica dziecka niepełnosprawnego, brrrr. W przedszkolu było ok, całe przedszkole było integracyjne, w każdej grupie (oprócz najmłodszych) po kilka sztuk z różnymi problemami. Młoda odchodziła tam 5 lat i niestety poszła do szkoły. Najpierw obdzwoniłam (wszystkie dwie) szkoły niepaństwowe, ale nawet gadać nie chcieli - żadnych dzieci z orzeczeniami nie przyjmujemy. Potem zapisałam ją do szkoły z oddziałami integracyjnymi. Nic dobrego z tego nie wynikło - dziecko odsiedziało 3 lata w ławce i nauczyło się... grzecznie siedzieć przez 45 min i nie przeszkadzać. Na tym zakończyliśmy przygodę z integracją, która, być może działa, ale tylko gdy problem jest natury fizycznej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzisz, tutaj to kwestia szkoły zapewne jest, bo mój Młody, nauczył się w klasach 1 - 2 dokładnie tego samego, choć była to zwyczajna klasa, a on poza lenistwem i wygodnictwem wrodzonym nie miał żadnych problemów... dodam, że nauczycielka nie radziła sobie z 17 uczniami w klasie... później te 2 lata ciągły się za nami już do końca, ba nawet jeszcze teraz pokutują brakiem pewnych nawyków...

      co do klas integracyjnych, to do takiej chodziła od szkoły podstawowej (i w gimnazjum) moja chrześnica, dla odmiany miała dużo szczęścia i dostała się do liceum, a teraz studiuje :) choć to ona była właśnie dzieckiem z problemami i z orzeczeniem... ale trafiła na klasę, w której uczyli nauczyciele, którym się chciało i widzieli sens w tym co robią - bo wg mnie najczęściej właśnie o to chodzi w tym wszystkim... aby tym, którzy uczą nasze dzieci - żeby im się chciało i aby umieli to robić...

      szkoła to ogólnie twór dziwny i wypaczony, zwłaszcza w obecnej formie...

      Usuń
    2. Wszędzie są ludzie. Którym albo się chce, albo się nie chce. Jeśli nie umieją, ale im się chce, to się nauczą. Jeśli im się nie chce, to wiedza i umiejętności nie mają żadnego znaczenia.

      Usuń
  4. Czytam to i włosy stają dęba, ile jeszcze jest do zrobienia. Darmowe podręczniki obtrąbiają na prawo i lewo, ale pies z kulawą nogą nie zainteresuje się działką placówek integracyjnych. Muszę ochłonąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zapominajmy, że to jednak było 15 lat temu i więcej. Choć gdzie w głębi mnie istnieje niepokój, że w wielu miejscach wciąż jeszcze...

      Usuń
  5. Cóż Anonimową nieodmiennie powala wakacyjna praktyka, dobrego wszak przedszkola Jej Wysokości, niemycia zębów! No co jest? W wakacje się nie brudzą, czy jak? Skoro zaś tego przeskoczyć się nie da to o czym mówimy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cycki by mi opadły, gdyby jeszcze były na jakiejś rozsądnej wysokości.

      Usuń
    2. A mi by opadły, gdyby były.

      Rajusiu!

      Usuń
    3. Twoje nie opadną, bo je trzymasz w szafce nocnej, żeby się nie zużywały ;)

      Usuń
    4. Skąd te niecne podejrzenia?!

      Usuń
    5. Bo mówisz, że ze sobą nie nosisz :)

      Usuń
    6. Noszę, ale... pełno ich (2 szt), ale jakoby nikogo nie było...

      Usuń
  6. Może to specyfika małych miejscowości, nie wiem, ale w moich oczach wygląda to tak, że to szkoła (nauczyciele i pozostali uczniowie) przystosowuje się do dziecka z problemami. Czasem się ułatwia, a czasem wymaga, zależnie od potrzeb i możliwości. I nawet się tego nie nazywa integracją, tylko rozwiązuje problemy, które przynosi życie.
    Z dzieciństwa zaś pamiętam, że gdy moi wyrodni rodzice zapomnieli mnie odebrać z przedszkola, to pani dyrektor zabrała mnie po prostu do swojego domu i tam na nich czekałam. Patologia, nie?;)
    Generalnie wszystko zależy od ludzi, nie wystarczą przepisy, ani podjazdy dla wózków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta racja. A nawyki i przyzwyczajenia zmienić, niestety, najtrudniej.

      Usuń
  7. Synu chodzi do integracyjnej klasy w LO. Tak trafił po prostu. W klasie jest 3 dzieci (hehhe) z orzeczeniem: chłopiec na wózku, dziewczynka pisząca Brailem oraz druga niesłysząca. W ciągu tego miesiąca (a to 1 klasa jest) zintegrowali się...normalnie. Nie ma "ta ślepa", "ta głucha", ten na wózku". Są imiona, pomoc, normalne traktowanie. Podobno bardzo fajna klasa im wyszła. Córka chodzi do rejonowej podstawówki, która też jest integracyjna (ale klasa akurat nie). I ostatnio jedna rzecz mi się w szkole tej spodobała: wyścig chłopaków wózkiem podczas przerwy, bawili się w "gonianego" i zaśmiewali na głos nie zwracając uwagi, że jeden z nich musi być pchany przez drugiego. Wiem, pewnie niebezpiecznie, ale widać było, że bawią się nieskrępowaną dziecięcą radością. I tak powinno być. Bez różnic.
    Ps. Czy to prawda, że nie ma konkretnych przepisów regulujących powstawanie i działanie LO integracyjnych? Że licea nie chcą przyjmować uczniów z dysfunkcjami?
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... Nie mam pojęcia. Często zarzucam tematy, które przestają mnie dotyczyć. Choć naturalnie nie wszystkie. Ale przepisów nie śledzę.
      Na tym etapie nie potrzebowałam już posyłać Zuzi do szkoły integracyjnej, bo była zintegrowana ;)

      PS Największy sukces wychowawczy odczułam, gdy po pierwszym powrocie z Anglii przemówiła do mnie, rozpoczynając od: mamo, zawsze wychowywałaś mnie w szacunku do innych i żebym nigdy nie uważała nikogo za gorszego. Pękłam z dumy.
      (Potem było: ale ci Hindusi to naprawdę ;) )

      Usuń
  8. Moja dawna znajoma ma niepełnosprawną córkę. Rozmawiałyśmy kiedyś na temat integracyjnych przedszkoli i szkół właśnie i bardzo mnie zdziwiło to, co powiedziała. Mianowicie, że rodzice dzieci niepełnosprawnych wcale nie chcą posyłać ich do klas integracyjnych. Wszystko dlatego, że klasy te nie są wcale przystosowane do ich szczególnych potrzeb. Zdecydowanie wolą posłać dziecko do szkoły specjalnej, gdzie dziecko będzie miało taką pomoc i takie traktowanie, jakiego potrzebuje.
    Z kolei moja mama pracuje w Spółdzielni Inwalidów. Jak byłam mała spędzałam na tamtejszej terapii zajęciowej mnóstwo czasu - przed szkołą, gdy nie było mnie z kim zostawić, po szkole, gdy wcześniej skończyłam lekcje i jak wyżej, wszystkie wolne od szkoły, a nie wolne od pracy dni, no i oczywiście wszystkie choinki, bale przebierańców, dni dziecka i inne. Gdy pierwszy raz spotkałam się w szkole z gorszym traktowaniem dzieci niepełnosprawnych, do dziś pamiętam moje zdziwienie, że jak to? Czemu gorsi? Przecież są tacy sami, jak my!
    Do dziś jestem Mamie wdzięczna za to, jak mnie wychowała. I do dziś odwiedzam czasem Terapię Zajęciową SI :)
    PpM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście szanuję zdanie Twojej znajomej. Tylko zadaję sobie pytanie: co w chwili, gdy szkoła (specjalna) się skończy? Dziecko trafi do jakiegoś specjalnego życia? Nie sądzę.
      Gdyby moje dziecko miało jakąś niepełnosprawność, ze wszystkich sił starałabym się nauczyć je jak największej samodzielności. Kiedyś się wreszcie zwinę, prawda?

      Usuń
    2. Ale z drugiej strony, może właśnie szkoła specjalna nauczy to dziecko tego, co mu potrzebne do osiągnięcia najwyższego możliwego poziomu samodzielności, a czego zwykła szkoła nie byłaby w stanie zapewnić, mimo najszczerszych chęci.
      Nie mam dzieci i pewnie długo mieć ich nie będę, ale jeśli się pojawią, chciałabym, żeby niepełnosprawna osoba nie była dla nich "inna". Miejmy nadzieję, że system będzie już wtedy choć odrobinę lepszy.

      Usuń
    3. Ależ każdy człowiek jest inny! Tylko inny nie znaczy gorszy :)

      Usuń
  9. Nie do końca się zgadzam z notką (Waterloo, wybaczysz mi kiedyś?).
    Koncepcja szkół integracyjnych (i przedszkoli) akurat do mnie przemawia, bo:
    1) względy prozaiczne i techniczne. Większość polskich szkół mieści się w budynkach kompletnie nieprzystosowanych do przyjmowania niepełnosprawnych fizycznie. Wózki nie wjadą na piętra, nie zmieszczą się w WC, nie ma bezpiecznych rozwiązań dla niewidomych. Patrząc na realia budżetu na oświatę - wydanie 1 mln na przystosowanie wszystkich szkół w województwie skończy się na namalowaniu jaskrawych pasów przy wszystkich schodach i kupienie dziesięciu audiobooków dla niedowidzących uczniów, bo na tym się skończy kasa. Jeśli wydać to na przystosowanie kilku placówek - efekt będzie realny i faktycznie przydatny.
    2) specjalne wymagania pedagogiczne. Dzieci z poważnymi zaburzeniami fizycznymi wymagają czegoś więcej niż uśmiechu i życzliwego podejścia, wymagają kompetentnego pedagoga, który będzie potrafił pracować z dzieckiem niesłyszącym/niedowidzącym/nieruchomym/z zaburzoną mową/z zaburzeniami społecznymi. Nie każdy nauczyciel to umie, i nie każdy musi. W szkołach integracyjnych dzieci mają asystentów, którzy pomogą nadrobić materiał i dostosują przekaz do niepełnosprawności. W szkołach i przedszkolach integracyjnych jest oczywiste, że pomoce naukowe odpowiadają w jakiś sposób niepełnosprawności uczniów.

    Owszem, w świecie idealnym byłoby fajnie, jakby każda szkoła miała możliwość przyjmowania dzieci z dowolną niepełnosprawnością. W praktyce jednak możliwe to jest tylko przy nieskończonym budżecie na oświatę, stąd uważam, że lepiej prowadzić kilka wyspecjalizowanych placówek dostosowanych i wyposażonych od początku do końca (od przyjęcia rozumnych rozwiązań architektonicznych i przestrzennych po ekwipunek potrzebny na lekcjach) niż twierdzić, że życie jest trudne i jak dziecko poszło do szkoły, to na lekcje na piętrach musi razem z wózkiem czy kulami wlewitować albo zatrudnić tragarzy, a klasa ma się z nim integrować i nosić (w ten sposób mój znajomy odpadł ze studiów - po pierwszym miesiącu ludzie z jego grupy uciekali na jego widok przed zajęciami na trzecim piętrze - wydział oczywiście nie miał wind, a on na wózku. Wiem, dowody anegdotyczne śmierdzą oraz studia nie są obowiązkowe ale podrzucam, bo a propos).
    Co do fatalnych nauczycieli, którzy się rozminęli z powołaniem - zgoda. Ale nie są oni specyficzni dla szkół integracyjnych, oni są i w zwykłych szkołach. (Tu jest bardzo bolesne wspomnienie z mojej osobistej podstawówki, ale może kiedy indziej) Łatwiej mimo wszystko przygotowywać grupę nauczycieli z przygotowaniem z pedagogiki specjalnej do pracy w szkole integracyjnej niż wymóc, by każdy matematyk rozumiał techniki komunikacji z niewidomymi, a każdy nauczyciel plastyki umiał pracować z dziećmi niewidomymi/spastycznymi. Albo każdy polonista rozumiał specyfikę osób autystycznych i miał realistyczne oczekiwania względem ich wypracowań. Nie wydaje mi się realne zmieszczenie tego w programie jednych studiów, ani sensowne wymuszenie na wszystkich nauczycielach dokształcenia kierunkowego. W placówkach wyspecjalizowanych, gdzie oprócz nauczyciela kierunkowego są asystenci osób niepełnosprawnych to uczenie dzieci z zaburzeniami rozwojowymi ma sens i nie jest czynnością pozorną.
    Zgadzam się, że tych szkół powinno być dużo i powinny być dostępne komunikacyjnie, ale koncept, że każda szkoła powinna być integracyjna uważam za nieco na wyrost (chyba że mówimy o integracji dzieci z bardzo lekkimi wadami rozwojowymi/niedużą niepełnosprawnością).
    Przepraszam za ścianę tekstu, kiedyś się nauczę kompresji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Nie ucz się kompresji, lubię Twoje ściany. Piszesz dużo, ale masz coś do powiedzenia. W przeciwieństwie do rzeszy ludzi, którzy mówią tylko po to, żeby przewietrzyć zęby.
      2. Różnica zdań pomiędzy nami jest pozorna i wynika wyłącznie z przyjęcia innych założeń. Pozwolisz, że posłużę się nomenklaturą negocjacyjną: ja zakładam cel idealny, a Ty minimalny. Ot, wszystko.
      I jeszcze jedno. Piszesz: "Nie każdy nauczyciel to umie, i nie każdy musi". No więc ja potwierdzam, że nie każdy umie (większość nie umie) i nie zgadzam się z tym, że nie każdy musi. Jak widzę coś takiego, to rodzi się we mnie lęk, że za chwilę nie każdy lekarz będzie umiał i musiał leczyć niepełnosprawnych, nie każda ekspedientka obsługiwać, nie każdy kierowca autobusu podwozić itd. W tej sprawie się z tobą nie zgodzę. Nie umieją? Uczyć się. Bo właśnie że muszą. Powiem to okropne zdanie, sorry.
      Nie podoba się? Zmienić pracę.
      (To samo mam do lekarzy i ich deklaracji).

      Usuń
  10. w każdym zawodzie są mistrzowie, geniusze, zwykłe mróweczki i po prostu partacze. w nauczycielskim a i owszem także. wiem, znam od podszewki to zacne grono, bywam z nimi na co dzień. Ja sama myślę jestem fajna :P (mam sygnały zwrotne, nie że się tak perfidnie chwalę), ale nauczycielka mojego syna to zmęczona, sfrustrowana, z menopauzą kobita, której się za wiele nie chce.
    trzeba i to przeżyć. liczymy miesiące....
    kształcenie nauczycieli też jest czysto teoretyczne. przez wszystko potem przegryzasz się sam. a jest to eksperymentowanie na żywym organizmie...

    ludzie to jedno.
    ale system jest do bani, mówię to z pełna odpowiedzialnością. niewydolny. przeciążony biurokracją, niedofinansowany. np uważam, ze we wrześniu i w czerwcu dzieci to niepotrzebny dodatek do papierów w szkolnictwie.
    o specjalnym, integracyjnym nie wspomnę. brakuje rąk do pracy - a na te ręce nikt nie chce płacić.
    do pewnego momentu robisz za dwóch, bo dzieci takie fajne, bo impreza (balony za swoje, bibuła za swoje, cukierki wyżebrane), ale po jakimś czasie dochodzisz do wniosku, ze żadna praca nie hańbi, poza społeczną.
    no bo ileż można.
    dzieci hałasują, rodzice z pretensjami bo kurteczka z błota, "góra" się rzuca o byle co, ty z PMSem, twoje smarki prywatne znowu w domu z babcią/sąsiadka bo wycieczka, bo zebranie, bo rada pedagogiczna.A po powrocie do domu?? swoje dzieci do jaskini, bo hałasują a ty masz dość i siadasz do domowej drukareczki podrukowac to i owo (lubimy papiery!), bo w pracy jeden laptop na 10 bab i komunikat ten sam od miesiąca: uzupełnij toner!!!

    trudny zawód
    trudna, średnio płatna praca
    przeciążenie obowiązkami, wciąż i wciąż nowymi - a pieniądze wciąż i wciąż te same.
    fajni ludzie :)
    nigdy nie wiesz tak do końca jak będzie wyglądał Twój dzień. zawsze coś się wydarzy :)
    i zawsze jakiś brzdąc (bo ja z tych niższych szczebli edukacji) Cie czymś rozśmieszy

    jak wszędzie plusy i minusy. siedzę w tym jakiś czas, ale na serio - jest coraz gorzej.
    ciekawi mnie tylko, jak nisko jeszcze może to wszystko upaść.i kto w tym wytrzyma. nie mistrzowie, nie geniusze. mróweczki - no tak, one może. partacze którzy robią tak aby sie nie narobić - tak, oni zostaną. i świeżynki, żeby się na naszych dzieciach czegoś nauczyć.

    szukam pomysłu na siebie. szukam po prostu nowego zawodu...

    Pomyślcie czasem o tych nauczycielach po ludzku. Porozmawiajcie, wyjaśniajcie a nie od razu z góry i kuratorium straszyć. :P

    Pozdrawiam
    Podczytująca nauczycielka :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja o wszystkich myślę po ludzku, o nauczycielach również, zwłaszcza że sama mam nauczycielski zawód, co pewnie wiesz, podczytując. Strasznie kuratorium to w opisywanym przypadku był słaby klimat - 17 lat temu, ja młoda i niedoświadczona. Dziś bym nie straszyła - dziś zrobiłabym pani dyrektor z dupy jesień średniowiecza. Bo nie da się okrucieństwa wobec bezbronnego dziecka wyjaśnić niedofinansowaniem i brakiem perspektyw. Zwłaszcza że perspektywy tworzymy sobie sami.
      Nie gniewaj się, że tak ostro odpowiadam, ale każdy widzi świat po swojemu. Ja nie chciałam uczyć w szkole z powodu... pokoju nauczycielskiego. Poziom frustracji, oburzenia na cały świat, że pieniędzy mało, wszystkiego mało, że ciężko i źle był nie do zniesienia. Nikt niczego nie robił ze swoim życiem, ale wszyscy mieli za złe. Jak się zakolegowałam z młodym, jak ja, historykiem, bo był sympatyczny i wesoły, to natychmiast stałam się wrogiem numer jeden. W dupie mam taką robotę.

      W mojej obecnej pracy też często spotykam się z takimi postawami i nie da się tego wytłumaczyć brakiem pieniędzy. Bo najbardziej zrzędni są akurat ci, którzy zarabiają najwięcej. Myślę, że z nauczycielstwem jest tak, że się wpada w bagno i wsiąka. Na szczęście nie wszyscy. Znam takich co nie. Chwała im za to.

      Usuń
    2. nie, nie gniewam się ja lubię Twój ostry język :) dlatego czytam tego bloga :)

      Okrucieństwa nie popieram, zwyczajnie nie jestem okrutna. Moje własne dziecko mam za ścianą, wiem co czuje matka w robocie myśląca non stop - a co tam teraz z moim syneczkiem :P i nie robię dzieciom źle, bo mojemu też ktoś mógłby tak jak ja źle, po sprawiedliwości dziejowej :)

      Wiele rzeczy się zmieniło - teraz się chucha na zimne, żeby czasem nie wynikła "sprawa" - dochodzi też na tym tle do absurdów - pani nie pomoże 4 latkowi wytrzeć tyłka, bo się boi o posądzenie o molestowanie... nie wycieram udzielam instrukcji słownej stojąc poza kabiną... Niedługo chyba będziemy gadać do nich zza zamkniętych drzwi, żeby skrawka sisiorka i półdupka nie dojrzeć. Bo może z zerknięcia wyniknąć owa "sprawa".
      Ale wiele rzeczy zmieniło się na dobre. Ciągle słyszymy: bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. Zaniedba pani edukację - trudno, nadrobi się. Zaniedba pani bezpieczeństwo-wywalimy panią.Będąc młodą nauczycielką wydawałam dziecko do domu słysząc: jestem babcią i widząc że młode od tej babci nie ucieka. Teraz dowód oglądam z czterech stron po cztery razy i babcię też.Po czterokrotnym sprawdzeniu listy upoważnionych do odbioru osób. I to jest dobre, świadomość jest coraz większa.Dzięki takim "jesieniom średniowiecza" :)

      Ja zostałam w tym zawodzie może dlatego, że nie mamy pokoju nauczycielskiego, bo brak pomieszczeń :P
      Pracuje się w takim systemie, że praktycznie widzisz tylko zmienniczkę na łamaniu zmian. I sporo u nas kobiet z "pierwiastkiem męskim" : na boku w kantorku jedna mówi do drugiej: Marysienko kochana, spie***iłaś znowu robotę, ostatni raz za ciebie poprawiam/świecę gałami/robię.

      I to lubię. I te bąki też , jeszcze mnie bawią :P

      nie lubię w konkurencyjnych placówkach - patrz szkoła rejonowa pierworodnego- kolejnego "nie da się"- zwłaszcza, że w mojej pracowej placówce musiało i się dało. temi ręcami.
      ech
      temat rzeka, nie będę Ci zaśmiecać bloga
      byle do emerytury... i końca edukacji mych rodzonych. potem jakoś poleci :)

      pozdrawiam, idę podczytywać dalej :)

      Usuń
    3. Faktycznie temat rzeka. Może kiedyś do tego wrócimy, to - obiecaj - zostawisz mi trylion komciów :)

      Usuń
    4. nie wiem czy na pewno chcesz, abym Ci te komcie obiecała :P
      jak widać lubię pisać... jak mam o czym hihi

      Pozdrawiam dziękując "za udział" w dyskusji :P

      Usuń