21 października 2014

1954

Jazzowe wtorki (polecam).

Dziś Bałdych-Sendecki-Doctor Trio. Notka ze strony NOSPR:

Adam Bałdych to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk polskiego i europejskiego jazzu. Od momentu podpisania kontraktu z ACT Music w 2012 jego kariera nabrała niebywałego tempa. Kalendarz koncertowy Adama jest szczelnie wypełniony – gra w najlepszych salach koncertowych, współpracuje ze świetnymi muzykami, by wymienić tylko Iiro Rantalę, Verneri Pohjolę i Yarona Hermana, z którym zarejestrował najnowszy album The New Tradition. Jest uwielbiany przez publiczność i poważany przez krytyków – Ulrich Olshausen z Frankfurter Allgemeine Zeitung napisał o nim: „Bez wątpienia Adam jest najbardziej zaawansowanym technicznie skrzypkiem naszych czasów, możemy się po nim spodziewać wszystkiego, co najlepsze”. Ma na koncie wiele nagród i wyróżnień, w tym tę najbardziej prestiżową – Echo Jazz przyznaną mu w 2013 przez niemiecki przemysł muzyczny.
Pianista i kompozytor Vladislav "Adzik" Sendecki studiował fortepian w Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie. W 1974, wspólnie z Jarkiem Śmietaną założył grupę Extra Ball, a następnie, z Andrzejem Olejniczakiem, zespół Sun Ship. W 1981 wyjechał do Szwajcarii, a później do Niemiec, gdzie mieszka do dziś. Współpracował m.in. z Klausem Doldingerem, Billym Cobhamem, Michaelem i Randym Breckerami, Larrym Coryellem, Michałem Urbaniakiem. Od 1996 jest stałym pianistą (także kompozytorem i aranżerem) NDR Big Band (wystąpi z NOSPR 22.10.2014) – najlepszej orkiestry jazzowej w Europie. Jego styl jest syntezą jazzu, muzyki klasycznej (romantyzmu, impresjonizmu) i fusion z elementami world music. New York Village Voice uznał go za jednego z pięciu najlepszych pianistów jazzowych na świecie.
Marcio Doctor, Argentyńczyk mieszkający w Hamburgu, ceniony perkusjonista. W 2006 grał w zespole Randy`ego i Michaela Breckerów – zarejestrowany na żywo album Some Skunk Funk zdobył nagrodę Grammy.
Trio zaprezentuje program złożony z utworów Bałdycha, Sendeckiego i Doctora, muzykę tworzoną spontanicznie, pełną żywiołowej energii i błyskotliwych, nasyconych wirtuozerią improwizacji. 

Znamy się z Prezesem jak łyse konie, więc w zasadzie moglibyśmy nie wymieniać żadnych uwag, ale robimy to dla przyjemności.
- Kluczowy moment koncertu był na samym początku - perorował Prezes po wyjściu. - Wtedy, gdy perkusista zaczął wyciągać te swoje dewocjonalia...
- Czekałam prawie dwie godziny, żeby ci to powiedzieć.
Bawiliśmy się znakomicie, bo muzycy naprawdę wysokiej klasy, a koncert - jazzowe improwizacje na tematy różne. Mamy zaliczoną salę kameralną i traktujemy to jako preludium do sali głównej. Bilety BARDZO drogie, więc skwapliwie wybierzemy repertuar. Jednak z drugiej strony... Byłoby grzechem nie korzystać, mając pod nosem najlepszą salę koncertową w całej Europie i jedną z lepszych na świecie, prawda? Kawy też można się napić.


Czuję nadciągający imperatyw kategoryczny zwiedzania Muzeum Śląskiego i jego oryginalnych, podziemnych sal, rozjaśnionych (uwaga!) światłem dziennym. Po tylu latach wreszcie okazało się, że nie mieszkamy na żadnym zadupiu, więc planujemy korzystać z tego do wypęku.
A jazzowe wtorki, jak to wtorki - co tydzień. Na kameralną bilety po trzy dychy. Jak tu nie pójść?

(Obejrzyjcie zdjęcia).

16 komentarzy:

  1. Chciałabym tam posłuchać jak stroi się orkiestra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla podkręcenia atmosfery podpowiem, że wyłączyłam wczoraj dźwięk w telefonie, ale samego telefonu nie, bo za długo się na powrót loguje, a ja jestem leniwa. W czasie koncertu zadzwonił mi telefon, co rozpoznałam po charakterystyczny drżeniu. Uchyliłam rąbka torebki, by zobaczyć, kto się dobijał i... nikt. Rezonowało. Czad. A co dopiero w głównej sali dziać się musi!

      Usuń
    2. Wiem, wiem. Dużo słyszałam o tej sali. Stroiciel był i w ogóle. Kurczę, u nas się czasem w tak żenujących wnętrzach organizuje koncerty, że szkoda gadać.

      Usuń
    3. Masz kolejny powód, by przybyć. Wezmę Cię na koncert, dam pomiziać Cześka.
      Oraz nakarmię, napoję i polecę po chusteczki z Hello Kitty.

      Usuń
  2. Czuję się zachęcona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rekomenduję z czystym sumieniem. Ciekawe czy wpuszczają na tzw. jaskółkę, czyli za symboliczną piątkę bez miejsca siedzącego. Mógłby się człowiek nasłuchać praktycznie za darmo. Kiedyś teatry, opery, sale koncertowe robiły coś takiego ku krzewieniu kultury. Ładny zwyczaj, lecz nie wiem, jak się obecnie ma.

      Usuń
    2. W poprzednim budynku NOSPRu też tak robili :-)

      Usuń
    3. Trzeba to koniecznie sprawdzić!

      Usuń
  3. Imponująca sala! Akustyka zapewne wciska w fotel, rezonuje w trzewiach:)
    Konsumowałam przedwczoraj koncert Richarda Bony w krakowskiej operze. Sala, choć znacznie mniejsza - dała radę. Aż boję się pomyśleć, jak brzmiałby tutaj!
    A o "jaskółkach" pierwsze słyszę. Fantastyczny pomysł! Fruwałabym na koncerty jak z piórkiem ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież to stary zwyczaj - zwykle korzystali z tego studenci. Wiadomo, że student był kiedyś chudzina ;)

      Usuń
  4. Wydaje mi się, że za mych studenckich czasów coś takiego było w Filharmonii Krakowiskiej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet 100 lat temu było. To żaden wynalazek :)

      Usuń
    2. No tak daleko moje czasy studenckie nie sięgają ;P

      Usuń
    3. Gdyby tak było, przyjechałabym ucałować z czcią Twą dłoń ;)

      Usuń
  5. A pewnie ,korzystac i opowiadac tym co sali takowej na oczy nie widzieli (mua)

    OdpowiedzUsuń